Okiem Opiekuna
Edyta

“… Na chorobę nie mamy wpływu, każdy może zachorować, ale na to, jak będziemy postępować i działać, już mamy.”
„… żeby pomagać i opiekować się innymi, musimy być silni i w dobrej kondycji. Nie bójmy się prosić o pomoc i być czasem zdrowymi egoistami.”
A więc tak, stało się… jestem opiekunem osoby chorej na raka. Te słowa, przyznanie się do tego przed samą sobą, nadal nie przychodzą mi łatwo, ani na papierze, ani w mowie. Niby jestem już z tym od dwóch lat i niby oswojona, ale nie do końca.
Diagnoza, jak to często się słyszy, spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Nie będę się o tym rozpisywać, bo nie o to tu chodzi. Mąż, przed 50-tką, okaz zdrowia, nawet przeziębienia trzymały się od niego z daleka. Po ok. 10 latach od zarejestrowania w Fundacji DKMS odezwali się do niego, że jest osoba, bliźniak genetyczny, któremu może pomóc. Była już wyznaczona data pobrania szpiku, ale w trakcie badań coś znaleźli…
Diagnoza i to, co usłyszeliśmy od lekarza, zmiotło mnie kompletnie, nie mojego Męża, ale mnie. To ja siedziałam na kanapie jak mumia, działałam na autopilocie. Wstawałam rano, płakałam, szłam z psami na spacer, płakałam. Próbowałam zaklinać rzeczywistość, że to jest tylko sen, że zaraz się obudzę i to wszystko, co się dzieje, okaże się okropnym snem, pomyłką. Przestałam chodzić do biura, nie kontaktowałam się praktycznie z nikim.
Tak się oczywiście nie stało. Czułam, że natychmiast muszę iść do psychoonkologa, po prostu tak czułam, chociaż nigdy wcześniej nie korzystałam z pomocy terapeuty.
Następnym krokiem była wizyta u psychiatry, pierwsza w życiu. Wiedziałam, że potrzebuję pomocy. Usłyszałam od jednej znajomej, że muszę być silna dla Męża. Najpierw odbierałam to, że sobie nie radzę, ale później, gdzieś słuchając setnego podcastu, wywiadu z chorymi na raka, usłyszałam, że pójście do psychiatry jest właśnie oznaką, że sobie radzę, że jestem świadoma, iż potrzebuję pomocy.
Leki zadziałały w miarę szybko. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo nigdy nie brałam leków na depresję.
To był mój wybór. Z perspektywy czasu wiem, że słuszny. Miałam wybór, dalej siedzieć na kanapie i zakopywać się w swoim bólu i rozpaczy, zaniedbując bliskich i tracąc cenny czas, który w takich sytuacjach biegnie inaczej. Pani psychoonkolog powiedziała mi bardzo ważną, mądrą rzecz: macie przeżywać życie, a nie chorobę. Na chorobę nie mamy wpływu, każdy może zachorować, ale na to, jak będziemy postępować i działać, już mamy.
Zawsze mówiłam Córce pół żartem, a pół serio, że najpierw maseczkę zakłada się sobie, a potem dziecku. Ale teraz nabrało to innego znaczenia, bardzo konkretnego.
Jeżeli nie zadbamy o siebie, nie jesteśmy w stanie zaopiekować się innymi. Mam niesamowite szczęście, chociaż brzmi to jak paradoks… Mój Mąż jest bardzo łatwym Pacjentem 😊 Na nic się nie skarży, wszystkie niedogodności związane z chorobą i leczeniem bierze na klatę. Jest pogodny, aktywny, dużo wyjeżdżamy, dostosowując się do planu leczenia.
Choroba męża odbiera mi na pewno wiele, mówię mi, a nie nam, specjalnie, bo to są moje odczucia, a nie Jego. Mój mąż może mieć zupełnie inne spojrzenie na tę sytuację. Nie planuję już na lata do przodu i zniknęła wizja wspólnej emerytury gdzieś we Włoszech czy Portugalii, Hiszpanii bądź w niewielkim domku z ogródkiem. Rozmów na ten temat było trochę i takich wczesnych marzeń, teraz ich nie ma. Straciłam niezależność planowania i możliwość spontaniczności, bo musimy uwzględniać plan leczenia i samopoczucie męża. I znowu, mam wybór, usiąść i nie robić nic, użalać się nad sobą albo wziąć życie takie, jakie jest, i wycisnąć je jak cytrynę. Pamiętam, jak kilka lat temu byliśmy z Mężem w Portugalii i bardzo do mnie przemówił mural, rysunek w stylu komiksu, atrakcyjna kobieta krzycząca do słuchawki telefonu: „if not now, when?”. Zawsze byłam niecierpliwa, jak coś chciałam, to już, dlatego ten mural tak mi się spodobał. Zrobiłam zdjęcie i kilka razy nawet wysłałam je Mężowi, jak chciałam, żeby coś się zadziało wcześniej niż później. Wtedy nie wiedziałam, że to podejście będzie miało dla mnie jeszcze większe znaczenie.
Zdaję sobie sprawę, że ile przypadków, tyle sytuacji. Ale wierzę, że w każdej sytuacji mamy jakiś wybór, przynajmniej co do naszej reakcji na szok, ból, złość, rozpacz. Trzeba to na początku przetrawić, płakać, krzyczeć, jeśli jest taka potrzeba, ale żeby pomagać i opiekować się innymi, musimy być silni i w dobrej kondycji. Nie bójmy się prosić o pomoc i być czasem zdrowymi egoistami.


